Autorstwa Jamesa Hickmana za pośrednictwem SchiffSovereign.com,
Popołudniu 6 września 1901 roku prezydent William McKinley stał w szeregu powitalnym na Wystawie Panamerykańskiej w Buffalo w stanie Nowy Jork, ściskając dłonie tłumu życzliwych osób.
Jedną z osób w tłumie był młody mężczyzna o nazwisku Leon Czolgosz… który cierpliwie czekał z rewolwerem owiniętym w chusteczkę. Gdy dotarł na przód, dwukrotnie wystrzelił w brzuch prezydenta.
McKinley zmarł osiem dni później, a Czolgosz, bezrobotny pracownik fabryki, bez cienia skruchy trafił na krzesło elektryczne. Upierał się, że jego obowiązkiem było powalić symbol ucisku.
Czolgosz nie był szalonym wariatem, lecz raczej produktem swoich czasów.
Ameryka z 1901 roku miała za sobą 125 lat historii – dokładnie w połowie drogi między Deklaracją Niepodległości a dniem dzisiejszym.
I mimo że gospodarka USA była już wówczas największą na świecie, rok 1901 nie dawał poczucia, że naród pewnie kroczy w Amerykańskie Stulecie.
Amerykański system finansowy miotał się od paniki do paniki, a dla wielu obserwatorów młoda republika wyglądała mniej jak wschodząca potęga, a bardziej jak kraj pogrążający się w chaosie.
Podział między bogatymi a biednymi pogłębiał się, a gwałtowne ruchy socjalistyczne szerzyły się. Polityczne zabójstwa, terroryzm i zamachy bombowe stały się powtarzającym się elementem życia publicznego.
Przemoc polityczna nie zakończyła się również na zabójstwie McKinleya. Zwolennicy włoskiego anarchisty Luigiego Galleaniego prowadzili wieloletnią kampanię bombową przeciwko sędziom, politykom i biznesmenom.
Sięgnęła zenitu w południe 16 września 1920 roku, gdy zaprzężony w konie wóz wypełniony materiałami wybuchowymi eksplodował przed siedzibą J.P. Morgan na Wall Street, zabijając trzydzieści osób i raniając setki innych. Sprawy nigdy nie rozwiązano.
Wielu z tych anarchistów-socjalistów było imigrantami, co dolało oliwy do ognia w narastającej fali sprzeciwu wobec masowej imigracji.
Tylko w 1907 roku przez Ellis Island przeszło ponad milion osób. Imigranci przybywali szybciej, niż ktokolwiek wiedział, jak ich wchłonąć, a ludzie mieli tego dość.
Kongres uchwalił ustawę nakładającą test umiejętności czytania i pisania na imigrantów, a następnie zakazał wjazdu obywatelom całych krajów. Początkowo odcięto ludzi z Azji i Bliskiego Wschodu. Kolejne ustawy ustaliły ścisłe kwoty, zamykając drzwi przed Europejczykami z południa i wschodu, którzy byli uważani za niepożądanych.
Jednak niestabilność trwała nadal… podobnie jak dążenie rządu do konsolidacji władzy.
Po tym, jak panika z 1907 roku niemal doprowadziła do upadku systemu finansowego, Kongres wykorzystał to przerażenie do utworzenia Rezerwy Federalnej w 1913 roku. Był to pierwszy krok w kierunku pieniądza, który można było drukować do woli.
Również w 1913 roku zmieniono Konstytucję, dając Kongresowi władzę do opodatkowania dochodów.
Podatek dochodowy (16. poprawka) został sprzedany Amerykanom jako podatek dla bardzo bogatych, który dotknie tylko 2% najzamożniejszych gospodarstw domowych w USA. Głupkowaci socjaliści tamtych czasów uwierzyli w to kłamstwo i poparli poprawkę; w końcu bogaci powinni płacić swoją uczciwą część.
W ciągu kilku dekad trzy czwarte Amerykanów płaciło podatek dochodowy.
Z nowym bankiem centralnym i władzą podatkową w ręku, Waszyngton popędził następnie, by dołączyć do I wojny światowej (mimo że dzielił go ocean), i pożyczył na niewyobrażalną skalę, aby to sfinansować.
Szczerze mówiąc, wszystko to wyglądało dość ponuro.
A jednak, podczas gdy wszystkie złe wiadomości i zamieszanie trwały w najlepsze, Ameryka jednocześnie tworzyła cuda.
Henry Ford posadził kraj na kołach dzięki Modelowi T i ruchomej linii montażowej. Filmy przeszły od nowości do przemysłu. Radio przekształciło się z hobby majsterkowiczów w maszynę, która mogła nadawać do każdego domu w kraju.
Były to amerykańskie przełomy, które przebudowały całą globalną gospodarkę i napędzały lepsze czasy.
Siedemdziesiąt pięć lat później 200. urodziny Ameryki wyglądały niewiele lepiej. W 1976 roku gospodarka pogrążona była w stagflacji, co do której „eksperci” wcześniej przysięgali, że jest niemożliwa.
Szoki naftowe upokorzyły kraj na stacjach benzynowych. Amerykańska dominacja wyglądała na wyczerpaną w gruzach Wietnamu, a naród patrzył, jak prezydent Richard Nixon rezygnuje w hańbie.
Terroryzm powrócił. Porywania samolotów były w pewnym sensie powszechne. Przestępczość szalała w miastach.
A jednak to, co nastąpiło, to komputer osobisty, Internet, najdłuższa w historii kraju ekspansja w czasie pokoju i powrót, w który prawie nikt stojący w kolejce po benzynę w 1976 roku by nie uwierzył.
Co sprowadza nas do dzisiejszych 250. urodzin.
Przemoc polityczna powróciła do amerykańskiego życia. Imigracja jest ponownie głównym problemem. Oszustwa i korupcja kwitną (i prawie nikt nie ponosi za to kary). A finanse Waszyngtonu są w gorszym stanie niż w jakimkolwiek punkcie w historii kraju, a dług narodowy jest większy niż cała gospodarka.
Jednocześnie jednak amerykańskie firmy tworzą sztuczną inteligencję, energetykę jądrową nowej generacji, robotykę i przełomy w biotechnologii, które mogą przebudować globalną gospodarkę jeszcze bardziej niż linia montażowa i Internet. Chaos i wynalazczość zawsze żyły w USA obok siebie i nadal tak jest.
Ameryka zrodziła się z rewolucji i przetrwała wojnę domową, dwie wojny światowe, wielki kryzys, dekadę stagflacji i powtarzające się paniki finansowe.
Każdy z tych epizodów przyniósł lata prawdziwego bólu, ale za każdym razem kraj, który wyglądał na nieuleczalnie chory, wracał silniejszy niż kiedykolwiek.
W polityce istnieje stare powiedzenie (zazwyczaj przypisywane Winstonowi Churchillowi, choć najwyraźniej po raz pierwszy rzucił je izraelski dyplomata): Amerykanie zawsze zrobią to, co słuszne… po wyczerpaniu wszystkich alternatyw.
Prawdziwe czy nie, to jest ten wzorzec: to, co słuszne, w końcu przychodzi, ale najpierw przychodzi ból.
Ameryka to nie tylko kraj; to idea i może to być najbardziej niezwykła idea, jaką kiedykolwiek stworzyli ludzie. Opiera się na ramionach gigantów – greckiej myśli, rzymskim prawie, judeochrześcijańskich wartościach i kapitalizmie wolnorynkowym, połączonych z przekonaniem o wolności jednostki zrównoważonej osobistą odpowiedzialnością.
Zakład przeciwko tej idei był najgorszą transakcją ostatnich 250 lat.
Dla jasności, posiadanie Planu B również nie jest zakładem przeciwko Ameryce. Idea nie polega na chowaniu się w bunkrze z puszkami jedzenia i bronią, ponieważ koniec jest bliski.
Sensem Planu B jest uczciwe spojrzenie na drogę między tym punktem a ożywieniem: większa inflacja, wyższe podatki i okres niestabilności, oraz upewnienie się, że masz dostępne opcje, by stawić temu czoła z pozycji siły.
W wieku 250 lat szczerze wierzę, że najlepsze dni są wciąż przed nami. Ale po drodze będzie kilka trudnych.


